poniedziałek, 18 stycznia 2010
Lymelife
Postanowiłam bardziej skupić sie na filmach, które nie są lub jeszcze nie są zbyt popularne naszych kinach. Bo jeżeli obejrzy się juz w napływie wolnego czasu wszystkie filmy z czołówki warto czasami sięgnąć po te tytuły które niekoniecznie znalazły sie w pierwszej 10. Nie jest to tak łatwe. Tak więc postanowiłam obejrzeć film "Lymelife". Jednak musiałam troche ten film przechodzić. Nie żeby był jakiś strasznie zmuszający do myślenia, ale gdy doszłam juz do napisów końcowych jedyne co miałam ochotę napisać to "Uroczy". Bo taki faktycznie jest. Okres dojrzewania piętnastoletniego Scotta wypada na czas ,w którym świat drży przed nową, niebezpieczną chorobą - borelioza. Wtedy wszystko dzieje sie dla niego po raz pierwszy: pierwszy papieros, piewszy alkohol, pierwsza bójka, pierwszy kontakt z dziewczyną. Ale wtedy też po raz pierwszy ten piękny świat zderza sie z szarą rzeczywistością, autorytety przestają być wiarygodne... Wszystko to przypomina mi jeden z amerykańskich seriali. W sumie nic nowego ale ogląda się dobrze. Do tego te błękitne ujęcia podkreślające (nie oszukujmy się) niezbyt urodziwego Roryego Culkina, który wcielił się w główną role. Wszystko kończy się małym happy endem , ale z rozwiązanym nie podanym na talerzu. Nie jest to film oryginalny, zabrakło mi małego powiewu świeżości. Ale podobno ludziom najbardziej podoba się to co już znają. Tak wiec, jedym słowem : uroczo :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz