poniedziałek, 7 czerwca 2010

Jaśniejsza od gwiazd

Jane Campion przenosi nas do Anglii 1819r. Młoda Panna Brawne, swoista XIXwieczna projektantka mody, dla której suknie i bale są całym światem, zakochuje się w poecie... Romantyczna opowieść miłości rozkwitającej za plecami przyzwoitek, która staje się uczuciem jakby żywcem wyjętym z romantycznych wierszy.
Ogromnym plusem całego filmu są bez zwątpienia zdjęcia. Ich kolory zmieniały się wraz z porami roku, mroczne błękity, kwieciste róże, oślepiająca biel... Jest to na pewno powód dla którego warto ten film obejrzeć. Aktorsko jednak jakoś mnie on nie przekonał do końca. Główna bohaterka, która miała być "olśniewająco piękna" jakoś ( no nie wiem może jestem wybredna...) nie pasowała mi z aktorką ( Abbie Cornish). Za to bardzo dobrze spisał się w roli poety Ben Whishaw, którego pamiętać warto z filmu takiego jak "Pachnidło". Moją uwagę jednak od samego początku przykuła postać młodszej siostry bohaterki- Toots. Coś niezwykłego było w tej dziewczynce o burzy rudych włosów...Fabuła zaś niczym nie przypomina powieści Jane Austen. Tutaj do czynienia mamy z o wiele bardziej wymagającą skupienia historią... Mi jednak ona po pewnym czasie wydawała się po prostu nudna i mało realna. Pocałunki przed zaręczynami? W dodatku zabrakło mi innych wątków ponieważ wszystko kręci się tylko i wyłącznie wokół Panny Brawne i Pana Keatsa. Zakończenie zaś bardzo mnie rozczarowało, było zbyt oczywiste... Jednym słowem nie podzielam entuzjastycznych recenzji tego filmu...Jednak nie uważam tych 2 godzin za zmarnowane. Film pełen uroku. Może gdy obejrzę go jeszcze raz bardziej do mnie przemówi, może jestem za mało romantyczna do takich filmów?

"Chciałbym, żebyśmy byli motylami i żyli tylko trzy letnie dni. Trzy dni takiego życia z panią dałoby mi większą rozkosz niż 50 pospolitych lat..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz